Krajowy Klub Iluzjonistów

    Wiele lat temu – w show biznesie – dodatkową pracę, podjętą tylko dla szybkiego i łatwego zarobku, często wykonywaną niedbale, bez ambicji twórczej lub zawodowej, nazwano chałturą. Tego co uprawiał chałturę określono mianem chałturzysty. Matką chałtury, była potrzeba zarobienia kilkuset złotych. A, że pieniądz nie śmierdzi, z okazji korzystali wszyscy niemal aktorzy, ruszając na kultury zew do najdalszych zakątków kraju. Z okazji Dnia Dziecka, Święta Kobiet i innych Świąt Państwowych na naprędce skleconych estradach, w remizach strażackich i Domach Kultury, za owe kilkaset złotych sprzedawali swój kunszt najbardziej cenieni artyści dramatyczni i estradowi. Pamiętam te czasy doskonale. Sam chałturzyłem gdzie tylko się dało. Jednego dnia, wraz z kilkoma znakomitymi polskimi aktorami, potrafiłem zaliczyć dziesięć imprez, co było swoistym rekordem. Pamiętam, że w jednej z nich, w roli Dziadka Mroza wystąpił znany aktor – dyrektor pewnego teatru, który chałturkę potraktował jak najbardziej poważnie. W czerwonym chałacie i twarzą zakrytą długą brodą z waty, był nierozpoznawalny. Z roli w którą się wcielił, wywiązał się bez zarzutu... Wątpię, aby ktokolwiek inny, zagrał tę rólkę lepiej. Dzieci były zachwycone i pewnie długo wspominały Dziadka Mroza – bo tak wówczas nazywano Św. Mikołaja – który w grudniowy wieczór, zjawił się przed nimi aby uprzyjemnić im ich święto. Chałtury miały jedną poważną zaletę... Docierały tam, gdzie profesjonalny teatr – ze względu na warunki sceniczne – nigdy by nie dotarł. Dzięki nim, ludność wiejska zamieszkała z dala od centrów kulturalnych, miała okazję zobaczyć na własne oczy, nierzadko znakomitych aktorów i zetknąć się po raz pierwszy z prawdziwą sztuką, którą gwarantowali wybitni artyści sceny i estrady, którzy w domowych szufladach przechowywali dyplomy i dokumenty weryfikacyjne, uprawniające ich do wykonywania zawodu aktora. Owe dokumenty, w jakimś stopniu gwarantowały, że ich produkcje artystyczne, w większości przypadków były na wysokim poziomie. W składankach artystycznych, swoje miejsce znajdowali również artyści cyrkowi i iluzjoniści. Różnorodność takich programów, zadawalała widzów i dawała im chwile wytchnienia po ciężkiej pracy. Dziatwa szkolna, otrzymywała składanki dostosowane do założeń programowych Ministerstwa Oświaty i to w wykonaniu kilku osobowych grup aktorskich. Czasami w ich skład wchodził iluzjonista. Jego pokazy traktowano jako ciekawostkę mogącą zainspirować młodocianą widownię do logicznego myślenia. Godzinny występ samego iluzjonisty, był rzadkością... Chociaż Ci bardziej znani i utytułowani, w szkołach i placówkach kulturalnych, byli mile widziani. Nad poziomem artystycznym tego rodzaju widowisk, czuwały w tamtych latach Wydziały Kultury i Państwowe Przedsiębiorstwa Imprez Estradowych. Każdy program, musiał być poddany przeglądowi, podczas którego specjalnie powołana komisja oceniała jego wartości artystyczne i dydaktyczne. Po zatwierdzeniu programu, zespół mógł wyruszyć w trasę. W tamtych latach, było nie do pomyślenia, aby przez takie sito, przedostał się iluzjonista, który w swoim godzinnym repertuarze miał dwie talie kart, dwie piłeczki z gąbki i kawałek sznurka.
    Po roku 1989, wolny rynek w wolnym kraju dał szansę wszystkim odważnym, nawet w dziedzinie szeroko pojmowanej sztuki... Aktorzy bez dyplomów mnożyli się grzyby po deszczu. Większość z nich upatrzyła sobie placówki oświatowe jako źródła stałych dochodów. Znaleźli się wśród nich, również samozwańczy iluzjoniści, którzy przeceniając swoje umiejętności, talią kart, wspomnianymi już dwoma piłeczkami i kawałkiem sznurka, postanowili podbić nie znającą się na rzeczy – w ich mniemaniu – młodocianą widownię. Chałtura zatriumfowała! Dziś rzadko który „mistrz” czarodziejskiej laseczki dba o poziom artystyczny swojego programu nie mówiąc już o jego wartościach dydaktycznych. Magiczna sztuczka - w ich mniemaniu - jest panaceum na niedostatek ich warsztatu aktorskiego. Praca w zespole im się nie opłaca. Budowanie programu opartego na drogich akcesoriach jest zbyt kosztowne, a na opracowanie scenariusza własnego widowiska, który miałby jakąś myśl przewodnią, wartości artystyczne i dydaktyczne, brakuje im czasu i pomysłów. Liczą, że jakoś to będzie... W szkołach wymuszają imprezy, podpierając się trudną sytuacja własnej rodziny. Wypraszani za drzwi, wchodzą oknem. Ważne żeby osiągnąć nakreślony cel. Na razie, skutki takich zachowań ich nie interesują. Przebijają się wysokościami stawek, nie myśląc o jutrze. Prowizorka w ich działaniu, zdaje się być środkiem do osiągnięcia dna... Poważne wątpliwości, budzi też opłacanie tantiem dla ZAIKSU jak również podatków od działalności gospodarczej. Nieprawidłowościom z tym związanym, sprzyja pobieranie opłat za imprezę, ograniczające się do zbiorki pieniędzy w klasach i wypłacanie ich bez pokwitowania – z rączki do rączki. Nie wiem czy szkoły na tym tracą finansowo, ale artystycznie na pewno. Nabite w butelkę, w przyszłości będą wyczulone na takie i podobne pokazy. Na razie, pocztą pantoflową przekazują sobie informacje o chałturach, które gościły w ich placówce. Dyrektorzy szkół twierdzą, że drugi raz nie dadzą się nabrać. Obawiam się tylko, czy na ich decyzjach nie polegną wartościowi artyści sztuki iluzji.

Caroni
Wszelkie prawa zastrzeżone dla autorów serwisu © Fenix