Krajowy Klub Iluzjonistów

    Telewizyjne stacje komercyjne, aby przyciągnąć widzów przed szklane ekrany, chwytają się najbardziej szalbierczych sposobów. Dla osiągnięcia celu, wszystkie chwyty są dozwolone. Ostatnio celuję w tyn TVN, która od kilku miesięcy emituje program pt. „Nie do wiary - Strefa 11”.
    Prowadzący ten program z przesadną powagą, czyni wszystko aby przekonać telewidzów o istnieniu zjawisk paranormalnych jak również ludzi obdarzonych niezbadaną dotychczas energią umożliwiającą im czynienie rzeczy niezwykłych.
Potwierdzeniem tej tezy, miał być przedstawiony przez niego w niedzielny wieczór, 3 czerwca 2001 roku, „mag” o pseudonimie Alexander, którego wyczyny miały przyćmić dotychczasowe prezentacje programu „Nie do wiary”.
To co obejrzeliśmy na ekranie było rzeczywiście interesujące i godne głębszego zastanowienia z jednym ale... prowadzący program powinien pokaz skomentować z przymrużeniem oka, a tego nie uczynił.
W efekcie zaszczepiono telewidzom bałwochwalczą wiarę w telepatyczne uzdolnienia maga Alexandra, który podobno wyssał je z mlekiem matki. W tym momencie, wszystkich iluzjonistów oglądających „Strefę 11” zapewne ogarnął pustu śmiech... Inaczej zachowywali się studenci uczestniczący w pokazie. Jeden z nich zafascynowany tym co zobaczył, stwierdził: „Po tym co zobaczyłem, nigdy już nie uwierzę sceptykom podważającym istnienie zjawisk paranormalnych. Widziałem je na własne oczy”. Coś mi się zdaje, że ów student nie zostanie luminarzem polskiej nauki, ale być może kiedyś zastąpi prowadzącego „Strefę 11”.
W tym miejscu rodzi się pytanie... Cóż takiego zademonstrował mag Alexander, że olśnił „studenckich ekspertów„? Odpowiedź, zapewne rozczaruje czytelników ale tak to bywa kiedy ekspertów powołuje się z grona przeciętnych zjadaczy chleba.
    Ukraiński iluzjonista, zresztą bardzo sprytny, pokazał kilka starych jak świat tzw. eksperymentów mentalnych - trików iluzjonistycznych - które od lat zadziwiają rzesze widzów ale ze zjawiskami paranormalnymi nie mają nic wspólnego. Forma pokazu jaką zademonstrował była zestawem kilku trudnych do wyjaśnienia efektów mentalnych ale nic po za tym.
    Ciekawe, że zdaniem prowadzącego program, odgadnięcie kolorów kartoników przez iluzjonistę mającego zasłonięte oczy opaską przez którą jakoby nic nie widział, jak również odgadnięcie symboli ESP (Extra Sensorial Perception: krzyż, koło, gwiazda) ukrytych w nieprzezroczystych kopertach, stało się niepodważalnym dowodem na umiejętność odbierania przez maga sygnałów telepatycznych na odległość bez pośrednictwa zmysłów. Gdyby ów pan pokusił się na poważne potraktowanie telewidzów, sięgnął by zapewne po fachową literaturę lub zasięgnął opinii znawców przedmiotu ale to wykraczałoby już po za ramy „Strefy 11”.
Profesjonalizm prezentera „Strefy 11” okazał się jednak dyletancki w zetknięciu z ideomotorycznym efektem mentalnym polegającym na odgadnięciu miejsca ukrycia metalowej szpilki przy pomocy widza zwanego induktorem. Ten efekt w komentarzu prowadzącego program urósł do przysłowiowego cudu! Tym irracjonalnym komentażem, prezenter programu „Nie do wiary” celowo wprowadził telewidzów w błąd. Należy się im wyjaśnienie. Oto ono... Jeżeli człowiek uporczywie i wytrwale w myślach powtarza podobne polecenia, to mimo jego woli - poza świadomością - odpowiednie sygnały ujawniaja się w ledwie dostrzegalnym drżeniu mięśni. Ściślej mówiąc napięcie mięśni zwiększa się lub maleje. W ten sposób reaguje dziewięć osób na dziesieć. Zjawisko to wykorzystano w sztuce mentalnej jako środek umożliwiający ujawnienie miejsca ukrycia dowolnego przedmiotu, przez mentalistę, który podczas eksperymentu przebywa z dala od pomieszczenia w którym przeprowadzano doświadczenie.
    Spróbujmy zatem przybliżyć przebieg eksperymentu na przykładzie pracy znanego w Europie mentalisty Wolfa Messinga, który będąc niezwykle utalentowanym artystą, swojej sztuce - dla wprowadzenia widzów w błąd, podobnie jak mag Alexander - nadawał wyjątkową aureolę mistyczną.
Mentalista ten, wyjaśniał uczestnikom spektaklu zasady obowiązujące podczas eksperymentu, prosząc aby ukryto dowolny przedmiot w dowolnym miejscu, podczas gdy on sam w towarzystwie przypadkowo wybranej osoby opuścił salę... Kiedy jego życzeniu stało się zadość Messinga wprowadzano do sali. Inna, również przypadkowo wybrana osoba ale znająca miejsce ukrycia przedmiotu, zawiązywała mu oczy czarną chustką i chwytała artystę za nadgarstek lewej lub prawej ręki. Proszę zwrócić uwagę na fakt, że to nie Messnig brał widza za rękę, lecz widz Messinga. Zadaniem przybranej osoby - nazywanej w języku fachowym „induktorem” - było powtarzanie w myślach poleceń związanych z rodzajem przedmiotu i miejscem jego ukrycia np. „proszę zejść ze sceny... proszę się udać w kierunku trzeciego rzędu... proszę podejść do kobiety w białej bluzce... proszę otworzyć jej torebkę... proszę wyjąć z niej scyzoryk”. Poleceń tych artysta oczywiście nie słyszy gdyż „induktor” powtarzał je wyłącznie w myślach.
W atmosferze ciszy i napięcia, Messing klucząc wśród widzów docierał do osoby, która posiadała wspomniany przedmiot i go odnajdywał. Innym razem z takim samym powodzeniem, bezbłędnie wskazywał przedmiot wybrany przez uczestnika eksperymentu, leżący wśród wielu różnorodnych przedmiotów na stole. Również w tym przypadku ręka, którą Messing wodził nad przedmiotami była trzymana przez „induktora” w okolicy nadgarstka.
    Znane są również przypadki, odgadywania przy pomocy „induktora” miejsca ukrycia przedmiotu w terenie zabudowanym. Tego rodzaju eksperymenty odbywały się oczywiście w obecności prasy, radia i telewizji. Nie muszę dodawać, że takim pokazom nadawano olbrzymi rozgłos co w konsekwencji przemieniało się w tanią i chwytliwą reklamę samego artysty. Współcześnie, rzadko kiedy mamy możliwość oglądania tego rodzaju eksperymentów. Złożyło się na to wiele przyczyn. Pierwsza z nich to zbyt długi upływ czasu od momentu rozpoczęcia eksperymentu do jego zakończenia. Widzowie są niecierpliwi... Po artystach sztuki iluzji spodziewają się szybkiego tempa widowiska, błyskotliwych efektów - scen zmieniających się jak w kalejdoskopie. Maleje również zainteresowanie sztuką mentalną wśród iluzjonistów, którzy nie zawsze odnajdują w sobie cierpliwość i autentyczne uzdolnienia jakie ten rodzaj sztuki od nich wymaga.
Jednakże najistotniejszą przyczyną mającą wpływ na upadek tego rodzaju prezentacji jest fakt, iż pociągają one za sobą ryzyko kompromitacji. „Induktor” bowiem może się okazać osobą wyjątkowo złośliwą - co miało miejsce podczas pokazu w „Strefie 11” - zmieniającą w myślach treść wydawanych poleceń.
Nie odbiegajmy jednak od tematu... Cierpliwość ma swoje granice. Spróbujmy wyjaśnić, w jaki sposób Alexander odbierał informacje od „induktora”, które w efekcie doprowadziły go do miejsca ukrycia pieniędzy, a nieco później wspomnianej metalowej szpilki. Eksperyment ten przebiegał według zasad podobnych do tych jakie obowiązują w popularnej zabawie „zimno... ciepło... gorąco”. Jednakże zamiast słów wypowiadanych przez osoby uczestniczące w grze, w eksperymencie przeprowadzonym przez Alexandra, sygnały informujące mentalistę zostały zastąpione naciskiem mięśni palców ręki „induktora”, który czynił to oczywiście nieświadomie. Kiedy więc przypadkowo wybrany uczestnik eksperymentu - znający miejsce ukrycia szpilki chwycił mentalistę za nadgarstek prawej ręki, ten natychmiast ruszył przed siebie koncentrując uwagę na sile z jaką „induktor” ściskał mu rękę. Jeżeli Alexander obrał niewłaściwy kierunek, ucisk palców „induktora” malał... Był to oczywisty sygnał, że należy zmienić kierunek... Przy właściwie obranej drodze do miejsca ukrycia przedmiotu, ucisk palców na nadgarstek Alexandra był co raz wyraźniejszy. Działo się tak dlatego, że uczestnik eksperymentu myśląc o miejscu ukrycia przedmiotu, bezwiednie przenosił sygnał skurczami palców na nadgarstek mentalisty. Moment w trakcie którego ucisk palców ręki „induktora” był najsilniejszy, wskazywał miejsce ukrycia przedmiotu. Aby upewnić się, że tak jest istotnie, eksperymentator na próbę zmieniał kierunek... Nacisk palców „induktora” malał... Sygnał ten potwierdzał, że Alexander niepotrzebnie oddalił się z miejsca w którym się znajdował. Powracał więc tam gdzie stał. Reakcja „induktora” była natychmiastowa... Silniej zaciskał palce na nadgarstku Alexandra. Teraz dokonując w myślach analizy, eksperymentator oceniał miejsce w którym mogła się znajdować szpilka... Chwilę błądził rękoma po kurtce uczestnika zabawy, a na koniec zajrzał pod patkę kieszeni... Ku zaskoczeniu widzów, znalazł tam to czego szukał. To, że miał zasłonięte oczy niczego nie zmienia... i tak dostatecznie widział!
Tu drobna uwaga... Najczęściej, na początku eksperymentu, widzowie informują mentalistę jakiego przedmiotu będzie poszukiwał. Informacja ta oczywiście ułatwia odnalezienie przedmiotu.
    Niektórzy „śmiałkowie” podobne eksperymenty przeprowadzali z udziałem „induktora”, który jednakże nie trzymał mentalisty za nadgarstek. Szedł poprostu blisko mentalisty. W tym przypadku kluczem do rozwiązania zagadki był oddech, sposób stąpania i stawiania kroków przez „induktora”. Ta metoda jednak wymaga od mentalisty dużego doświadczenia, które nabywa się wyłącznie w toku systematycznych ćwiczeń z udziałem różnych osób. Gwoli zaspokojenia ciekawości, należy wspomnieć również o trzeciej metodzie odczytywania sygnałów przekazywanych przez „induktora” osobie przeprowadzającej eksperyment. Jest to metoda powszechnie znana i jako taka nie znajduje uznania w oczach iluzjonistów. Polega ona na analizowaniu tętna „induktora”. Aby móc z niego „czytać” mentalista musi ująć rękę „induktora” w okolicy nadgarstka i opuszkami palców wyczuć jego tętno. Przyśpieszony puls świadczy o zbliżaniu się do miejsca ukrycia przedmiotu... Jeżeli puls słabnie, oznacza to, że mentalista stawia kroki w niewłaściwym kierunku. Ze względu na publiczność, mentaliści najczęściej powierzają rolę „induktora” kobietom... Praktyka wykazała bowiem, że właśnie one mają największą skłonność do ulegania impulsom, a przekazywane przez nie sygnały sa bardzo czytelne.
    I to byłoby na tyle - jak mawiał prof. Stanisławski - na temat paranormalnych uzdolnień gwiazdy „Strefy 11”.

Caroni
P.S.
W związku z otrzymaniem e-mail'a od Pana Adama Manowskiego, który dziękuje nam za bezpłatną reklamę na stronach KKI przypuszczamy, że przedstawiony w „Strefie 11” iluzjonista Alexander to nie Ukrainiec lecz Polak!
Wszelkie prawa zastrzeżone dla autorów serwisu © Fenix