Krajowy Klub Iluzjonistów

    W latach 30-tych naszego wieku na łamach prasy brukowej, szczegolnie w okresach kanikuły pojawiały się artykuły gloryfikujące ludzi, którzy odkryli w sobie tajemnicze siły psychiczne umożliwiające im (bez ich wiedzy) wywoływanie tzw. zjawisk niewyjaśnionych. Pisano o „cudotwórcach”, jasnowidzach, mediach kontaktujących się z duchami, telepatach, ludziach obdarzonych pozafizyczną siłą, którzy potrafią lewitować przedmioty i przenosić myśli na odległość. Sensacja goniła sensację.
    Jak wspomniał Adam Ochocki - nieżyjący już łódzki dziennikarz - sensacjami i michałkami obdarowywano czytelników w tamtych latach niezwykle szczodrze. Tak na ten temat pisał: „To leżało w interesie wydawcy. Sensacje... często wyssane z palca, miały odwracać uwagę od istotnych wydarzeń, od bezrobocia, głodu mieszkaniowego, strajków, naprężonej sytuacji międzynarodowej”. Minęły lata... Historia zatoczyła koło i wszystko zaczęło się od początku...
    Jak przed laty, podobne informacje obiegają szpalty gazet, fale eteru i przekazy telewizyjne. „W tym temacie” nic się nie zmieniło. Jedną z największych sensacji ostatnich lat są filipińscy uzdrawiacze. Ich bezkrwawe operacje zdają się przeczyć zdrowemu rozsądkowi ale dzięki medialnej reklamie szybko znajdują zwolenników i popleczników. Pamiętam, że przed laty telewizja publiczna TVP1 nadała relację z bezkrwawej operacji przeprowadzonej przez azjatyckiego „maga”. Znana Aktorka Lucyna Winnicka wyjaśniła telewidzom, że „mag” przybył do kraju na specjalne zaproszenie i przeprowadzi tylko jeden zabieg. Operacji poddano przypadkową osobę, która cierpiała na bliżej nieokreśloną dolegliwość. Zabieg został przeprowadzony zgodnie z kanonami filipińskich uzdrowicieli... Mag wykonał szereg tajemniczych ruchów, chwilę masował brzuch chorej, aż pojawiły się na jej skórze kropelki krwi. Z pozornie naciętego brzucha wyjął kłębek splątanych włosów a następnie przetarł operowane miejsce tamponem waty. Pacjentka nieco oszołomiona oświadczyła, że jej dolegliwości jakby ustąpiły! Na to jakby czekała prowadząca program... Zwracajac się z uśmiechem do „maga” poprosiła go aby zdjął nakrycie głowy i rozcharakteryzował się. I tu nastąpiła konsternacja... Mag okazał się znanym polskim iluzjonistą i fotoreporterem. Był nim Jerzy Troszczyński, który wyjaśnił zgromadzonym w studiu, że żadnej operacji nie przeprowadził, a wykonany zabieg był z góry ukartowaną mistyfikacją.
    Świadkiem podobnej operacji w wykonaniu filipińskiego uzdrawiacza - również w studiu telewizyjnym - był znany na całym świecie polski iluzjonista Arsene Lupin, który po zabiegu na pytanie dziennikarza co o tym sądzi, odpowiedział: „Ja ten trik robię lepiej”. Nic innego powiedzieć nie mógł, bo jako lekarz z wykształcenia, doskonale wiedział, że operacja narządów wewnętrznych człowieka podczas której z rany wydobywa się krew, bez nacięcia tkanek nie jest możliwa. Ale jak oni to robią? Wyjaśnienie zapewne wszystkich rozczaruje ale nic na to nie poradzę. Taka jest prawda. Uzdrowiciel ukrywa w ustach maleńki pęcherzyk wypełniony krwią zwierzęcą. Inne, podobne pęcherzyki ma ukryte w tamponach waty przygotowanych do zabiegu. Podczas operacji, czubkami palców wgniata skórę na brzuchu operowanej osoby i kilkakrotnie dmucha w powstałe wgłębienie. W najbardziej odpowiednim momencie, kiedy jego usta znajdują się przy dłoniach wypluwa pęcherzyk i w chwilę później zgniata go palcami. Plamy krwi są dostatecznym dowodem na to, że dostał się do jamy brzusznej. Efekt może oczywiście powtórzyć biorąc w palce tampon waty w którym ukryty jest podobny pęcherzyk. To, że pacjent za chwilę poczuje się lepiej, jest jego wyłącznie subiektywnym odczuciem.
    Na początku lat 90-tych w gazecie policyjnej, przeczytałem reportaż z wizyty dziennikarki tego tygodnika w pewnym studium kształcenia przyszłych parapsychologów. Artykuł dla kursantów był bardzo pozytywny. Szczególnie eksponowano w nim pozafizyczne uzdolnienia uczniów, którzy siłą woli w cudowny sposób wyginali łyżeczki do herbaty. Choć w artykule nie znalazłem ani słowa na temat samego przebiegu eksperymentu na zdjęciach obejrzałem młodych ludzi prezentujących swoje dokonania czyli powyginane łyżeczki. Rozbawiony napisałem list do redaktor naczelnej owego periodyku załączając poradnik dla iluzjonistów w którym dokładnie wyjaśniono w jaki sposób osiąga się efekt „pozafizycznego wyginania łyżeczek”. W redakcji zaiskrzyło... Trzeba trafu, w tym czasie, pewien wykładowca Wyższej Szkoły Policyjnej w Szczytnie - wielki pasjonat parapsychologii - czynił starania o utworzenie Wydziału na tej uczelni przekazującego studentom wiedzę, której charakter podważany jest przez współczesną naukę. Kiedy ów pan zapoznał się z moim listem i załączonym poradnikiem potraktował mnie jak największego wroga i postanowił skarżyć mnie przed sądem. Pomysł ten w redakcji wybito mu z głowy... A szkoda. Sąd miałby niezły ubaw.
    A jak to jest z „jasnowidzeniem„? W mieście Łodzi zaginął kilkuletni chłopiec. Presja opinii publicznej była tak duża, że policja postanowiła dla świętego spokoju zwrócić się o opinię do wspomnianego wyżej studium... Po kilkunastu dniach dostarczono policji kartkę papieru - oczywiście z pieczątkami - na której biegły jasnowidz, a może nawet kolegium jasnowidzów zamieściło swoją wizję następującej treści: „Chłopiec żyje. Przebywa na ucieczce. Wróci po kilkunastu dniach”. W dwa dni później policja znalazła chłopca w pobliskim parku. Leżał pod cienką warstwą ziemi od kilku dni. Zabójczynią okazała się jego niewiele starsza kuzynka, która dokonała zabójstwa w obawie, że chłopiec zdradzi rodzicom jej sekrety.
    Interesującym wydaje się fakt, że osoba, która dostarczyła policji opinię jasnowidzów, kiedy poznała moje nazwisko w pośpiechu opuściła gabinet szefa zasłaniając się brakiem czasu.
    Na temat przekazywania i odbierania myśli na odległość bez pośrednictwa zmysłów (tzw. telepatia) nie będę się wypowiadał albowiem uczyniłem to w artykule pt. „nie do wiary... śmiechu warte!”.
    Na koniec dodam tylko, że kanadyjsko - amerykański iluzjonista Randi (Randall James Zwinge) w roku 1975 ogłosił swoją prywatną nagrodę w wysokości 10.000 dolarów dla tej osoby, która udowodni istnienie sił paranormalnych. Postawił tylko jeden warunek: pokaz musi odbyć się w obecności iluzjonisty. Jak dotychczas ta nogroda nie została podjęta przez nikogo, choć Randii podwyższył ją do miliona dolarów. Ponad 600 kandydatów próbowało ją zdobyć, ale Randii bezwzględnie demaskował ich paranormalne zabiegi. Nawet słynny Uri Geller „zginający wzrokiem” widelce i łyżeczki nie stanął do pojedynku z Randi\'m choć w tym czasie występował za 100, 200 dolarów.
    Profesor Andrzej Kajetan Wróblewski w jednym z udzielonych wywiadów prasowych tak powiedział na temat parapsychologii: „Ja nie jestem \'anty\' i nie zajmuję z zasady wrogiego stanowiska wobec tzw. zjawisk niewyjaśnionych. Walczę jedynie z nabieraniem ludzi, z intelektualną nieuczciwością. Ludzie są różni. Nie wykluczam, że istnieją ludzie o właściwościach jakich nie ma nikt inny. Żaden uczciwy naukowiec tego wykluczyć nie może. Tylko, że w nauce muszą być dowody. Hipotezy, nawet te najciekawsze, bez dowodów pozostają tylko hipotezami”.
    I jak tu wierzyć w telepatię, telekinezę, jasnowidztwo i pozazmysłowe wyginanie łyżeczek, jeżeli każdy iluzjonista potrafi „przesłać myśli na odległość”, rozpoznać kolory dotykiem dłoni i poruszyć siłą woli dowolne przedmioty?

Caroni
Wszelkie prawa zastrzeżone dla autorów serwisu © Fenix