Krajowy Klub Iluzjonistów

    Od czasu do czasu otrzymuję e-maile, których nadawcy poruszają różnorodne tematy. W jednym z internetowych listów, nadawca zadał mi takie pytanie: „Co Pan sądzi na temat plagiatu w sztuce iluzji?” To dopiero temat – pomyślałem i z prawdziwą przyjemnością zacząłem stukać w klawiaturę.
    Plagiat (śrdw. – łac. Plagiatus = skradziony; z łac. Plagium = kradzież) to przywłaszczenie cudzego utworu lub pomysłu twórczego, wydanie go pod własnym nazwiskiem; dosłowne zapożyczenie z cudzych dzieł opublikowane jako oryginalne i własne; kradzież literacka, artystyczna, naukowa. „Słownik wyrazów obcych” PWN definiuje również termin plagiator (z łac. dosł. Grabieżca) czyli osoba, która popełnia plagiat. Z definicji tych jasno wynika, że sprawca plagiatu popełnia czyn zabroniony świadomie, z winy umyślnej, w zamiarze bezpośrednim, godząc się z konsekwencjami swojego postępowania, chociaż przypuszcza, że ich uniknie.
    Dr.Aleksander Wesołowski, socjolog rodziny i pracy tak napisał na temat plagiatu: „ Kradzież jest możliwa z dwóch powodów: Pierwszy ma charakter subiektywny i odnosi się do jednostki, która ma chorobliwy charakter i egocentryczne wyobrażenie o swojej wyjątkowości. Pragnie być „na świeczniku”, nie waha się „rozpychać łokciami” a także przywłaszczać sobie cudzy dorobek. W swoich zachowaniach lubi pomniejszać cudze zasługi, by pośrednio podkreślać własne”. Zauważa on też, że jednostka taka, kiedy dotrze na szczyt w hierarchii swojego środowiska, chętnie usuwa ze swojego otoczenia ludzi zdolnych, szczególnie tych, dzięki którym wypłynęła.
    „Drugim źródłem plagiatów jest zewnętrzny układ warunków ekonomicznych i społeczno – politycznych. Potocznie mówi się, że „okazja czyni złodzieja”. Obydwa wymienione źródła omówmy na przykładzie plagiatów w sztuce iluzji... Zanim jednak przejdę do omówienia tego zagadnienia, zastanówmy się co jest sztuką, a co jej mierną imitacją? Nie jest to wcale takie proste. W pracy pt. „Definicja sztuki” Władysław Tatarkiewicz daje takie określenie: „Sztuka jest odtwarzaniem rzeczy bądź konstruowaniem form, bądź wyrażaniem przeżyć – jeśli wytwór tego odtwarzania, konstruowania, wyrażania jest zdolny zachwycać bądź wzruszać, bądź wstrząsać.” Można więc powiedzieć – opierając się na powyższej definicji – że czynnikiem wyróżniającym sztukę spośród innych dziedzin ludzkiego życia jest moment zachwytu, wzruszenia lub wstrząsu. Tu rodzi się pytanie, czy sztuka iluzji spełnia te warunki? Można powiedzieć, że tak. Widziałem spektakle, które nie tylko zachwycały, ale również wzruszały. Zdaję sobie sprawę z tego, że znajdą się tacy, którzy z tym wywodem nie zgodzą się, ale pocieszam się, że mało znają sztukę iluzji.
    Istnieje też pogląd, że sztuka może być zła lub dobra w sensie jej wartości artystycznej. Moim zdaniem termin „zła sztuka” nie powinien istnieć, określamy nim bowiem działalność w gruncie rzeczy zaprzeczającą pojęciu sztuki. Niezgodność zamierzeń artystycznych z efektem ich realizacji wynikać może np. z nieudolności twórcy. Podobnie twórczość iluzjonisty, który prezentując swoje umiejętności zawierzył wyłącznie poznanym sekretom trików iluzjonistycznych i nie wniósł do nich nic od siebie – nie jest sztuką. W najlepszym razie stanowi zlepek łamigłówek, zagadek trudnych zapewne do rozwiązania, ale tylko zagadek...
    Skąd się one wzięły? Odpowiedź wydaje się prosta... To magowie, kuglarze i prestidigitatorzy minionych wieków tworzyli efekty iluzjonistyczne, które spotykały się ze sprzeciwem szczególnie ówczesnego kleru, a także dużej części społeczeństwa, które nie zawsze mogło pojąć, za jaka przyczyną dzieją się te zjawiska, tym bardziej, że w owym czasie sekrety sztuki tworzenia złudzeń były starannie strzeżone i niedostępne dla przeciętnych widzów. Wielu iluzjonistów, podejrzanych o czary, musiało składać zeznania przed urzędami prokuratorskimi. Od niechybnej śmierci ratowało ich ujawnienie „tajemnic sztuki iluzji”. Jednym z sędziów w sprawie przeciwko nieszczęsnym iluzjonistom był Reginald Scott – prawnik z Rochester. Widząc, jak bardzo niesprawiedliwe są wyroki sądów orzekane przeciwko iluzjonistom, postanowił wyjawić sekrety i metody ich pracy. Tajemnice sztuki iluzji przekazał mu między innymi znany iluzjonista francuski, zamieszkały w Londynie – Jean Cautares. W 1584 roku Reginald Scott wydał książkę pt. „Sekrety białej magii” w której wyjaśnił niezliczoną ilość trików iluzjonistycznych zamieszczając w niej również tajniki reżyserii oraz zabawne inwokacje. Książka stała się podstawowym podręcznikiem iluzjonistów. Scott zrobił początek. Od tego czasu w Europie zaczęło się ukazywać coraz więcej traktatów o sztuce iluzji, które opisywały zawiłe manipulacje kartami i drobnymi przedmiotami jak również przekazywały informacje o budowie rekwizytów iluzjonistycznych, bez których adepci tej sztuki nie potrafili się obejść. Wkrótce – nie tylko iluzjoniści – zwietrzyli w magicznych zabawkach intratny interes. Pod koniec XIX wieku w Europie i Ameryce jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać „magiczne firmy”, w których każdy bez wyjątku mógł zaopatrzyć się w instrukcje wykonania triku, odpowiedni rekwizyt, a nawet gotowe scenariusze spektakli iluzjonistycznych. Majsterklepkom oferowano plany dużych iluzji, na podstawie których mogli oni zbudować najbardziej zadziwiające rekwizyty. Nic więc dziwnego, że prawdziwi twórcy – pomysłodawcy magicznych zabawek – zostali odsunięci w cień. Ich rola w sztuce tworzenia złudzeń, ograniczona została do wymyślania efektu triku, strony technicznej jego wykonania i sprzedaży pomysłu tej firmie, która zapłaciła zań najbardziej godziwą cenę. Firma zaś przez lata wprowadzała na rynek tysiące egzemplarzy magicznej zabawki, która w mniemaniu widzów i egocentrycznej jednostki mającej wysokie mniemanie o swojej wyjątkowości, czyniła z prezentera triku iluzjonistę – artystę! Śmieszne i żałosne. Dziś wystarczy zajrzeć do katalogów magicznych firm, aby stwierdzić, że oferują one bezimienną taśmową produkcję efektów iluzjonistycznych, zaspakajającą potrzeby milionowej rzeszy hobbystów i egocentryków nazywających siebie artystami sztuki iluzji. Postawionej tezy nie należy jednak uogólniać. Na całym świecie, w każdym kraju można wyróżnić kilku iluzjonistów – artystów, którzy wnoszą twórczy wkład w rozwój tej sztuki. Niestety... Można ich policzyć na palcach jednej ręki.
    Czy w tym stanie rzeczy osoby prezentujące triki kupione lub podpatrzone popełniają plagiat? W potocznym rozumieniu tego terminu, wydaje się, że tak... choć żaden z nich nie twierdzi, że prezentowany trik jest wytworem jego myśli. Przecież występując na estradzie, podpisu pod nim nie składa. Z tych też względów, ewentualne roszczenia przed sądem o uznanie popularnych trików za plagiat, nie doczekałyby się rozstrzygnięcia, tym bardziej, że trudno byłoby udowodnić, kto tak naprawdę jest ich autorem. A tylko autor triku lub jego spadkobierca ma prawo wniesienia pozwu.
    Zdarzają się jednak przypadki, że domorośli iluzjoniści – szczególnie podczas udzielania wywiadów – na pytanie dziennikarza „skąd biorą pomysły do nowych trików – odpowiadają: „Swoją wiedzę czerpię z telewizji. Nagrywam program w którym występuje znakomity iluzjonista, a potem odtwarzam go tyle razy aż wszystkie triki rozszyfruję. Z efektownym zademonstrowaniem oglądanego pokazu nie mam żadnych kłopotów”. Czasami, zakupiony w sklepie trik, przedstawiają jako własny bez odrobiny wstydu. Tacy iluzjoniści to samobójcy. W oczach dziennikarzy, widzów i czytelników tracą reputację na zawsze. A jest ich niemało!
    Zdarzyło się również, że pewien iluzjonista skopiował w szczegółach numer znanego w świecie artysty. Obu panów, w pewnym odstępie czasu, obejrzała cała Polska. Ponieważ jestem wyczulony na tego rodzaju zjawiska, przy nadarzającej się okazji ten fakt rodakowi przypomniałem... Jakież było moje zaskoczenie kiedy w odpowiedzi na mój zarzut, usłyszałem... „Oczywiście. Ale ja miałem od niego zgodę”. Bez komentarza. Tak to już bywa. Jedni coś wymyślą, inni ich pomysł skopiują i w światku magicznym się kręci. Znany w kraju iluzjonista Marek Zdrojewski – Aremi kiedyś do mnie napisał:... zdecydowana większość magików, to byli, są i najpewniej będą naśladowcami naśladowców. Osobiście uważam, że największym wrogiem iluzjonisty jest – że uzyję niemieckiego słowa „Uberheblichkeit” – zarozumiałość, innymi słowy wiara w maksymę – „ja wiem lepiej”. Niekiedy brak skromności dezawuuje „wielkości”. Pół biedy kiedy „plagiat” dotyczy pojedynczego triku. Gorzej, gdy jeden iluzjonista przywłaszcza pomysł na etiudę / krótka forma pokazu iluzjonistycznego /, drugiego iluzjonisty. W tym przypadku liczy się pomysł, fabuła etiudy i kreowana postać. Triki wplecione w etiudę mają charakter drugoplanowy. Każdy z nich może być zastąpiony innym. Plagiat dotyczy zatem pomysłu etiudy a w mniejszym zakresie wplecionych w nią trików, chociaż całość w pewnym sensie może być chroniona prawem. A tak na marginesie... Plagiat niewiele ma wspólnego z amatorszczyzną. W historii sztuki bywały plagiaty lepsze od oryginałów! I na koniec kilka słów o warstwie muzycznej opracowanej dla etiudy iluzjonistycznej. Wykorzystanie w publicznych pokazach profesjonalnych nagrań utworów muzycznych, wiąże się z określonymi kosztami, które należy uregulować na rzecz ZAIKS’u lub innych instytucji upoważnionych do pobierania tantiem na rzecz autorów i kompozytorów. Samo zaś zapożyczenie utworu muzycznego z programu innego iluzjonisty, do podobnego układu trików, ociera się o „kradzież pomysłu”.

Caroni
Wszelkie prawa zastrzeżone dla autorów serwisu © Fenix