Krajowy Klub Iluzjonistów

    Iluzjonista – komik, lub jak kto woli komik – iluzjonista, to prawdziwa rzadkość w magicznym światku. Jeżeli tę nietuzinkową cechę uzupełnimy informacjami z horoskopu chińskiego (osoby urodzone w roku kota lub zająca – 19 kwietnia 1939r.) to bohater nasz okaże się człowiekiem dowcipnym, ostrożnym z zadatkiem na dyplomatę. Zawsze czujny, umiejętnie reagujący na wszelkie sygnały o niebezpieczeństwie, ale i potrafiący w sytuacjach skrajnych, podjąć nadludzką walkę. Takim jest bez wątpienia Henryk Paraszkiewicz, którego pseudonim również brzmi komicznie – „Henrico – Magico”. Henryka poznałem pod koniec lat 70 – tych, kiedy to jak wielu innych zapaleńców wstąpił do Krajowego Klubu Iluzjonistów. Na jednym z Kongresów wymieniliśmy między sobą kilka zdań. Z jego wypowiedzi zorientowałem się, że duszę ma rozdartą... Z jednej strony, uwielbiał pracę na wysokościach, z drugiej pasjonowała go czarodziejska sztuka. Kochał chwile, kiedy światła gasną, szmer głosów na widowni zamiera, a on w blasku jupiterów wkracza na scenę, aby poprowadzić widzów w jego zaczarowany świat iluzji. Codzienność była jednak bardziej prozaiczna... Każdego ranka na budowie, wdrapywał się po szczeblach metalowej drabiny – dwadzieścia pięć metrów w górę – aby dotrzeć do klatki dźwigu, z której z precyzją iluzjonisty przemieszczał tony betonowych bloków, aby je osadzić tam gdzie trzeba. Potem z dumą patrzył na wykonaną przez siebie pracę. Wieczorne występy, były tylko iluzją, której efekty rozpływały się po opadnięciu kurtyny. Ale ten świat nierealny, działał na niego jak magnes. Może to właśnie, miał pisane? Henio, nauczył się zupełnie prostych sztuczek od ojca, który przez przypadek asystował zawodowcowi. Z prawdziwymi pokazami iluzjonisty zetknął się w wieku 13 lat, kiedy to do jego rodzinnego miasta Suwałk przywędrował cyrk. Wozy i namiot cyrkowy ustawiono za miastem nad Hańczą. Wieczorem najprawdziwszy czarodziej, który mówił z dziwnym akcentem oczarował małego Henia, a jego sztuczka ze znikającą kostką śniła mu się po nocach i stała się wyznacznikiem ważności spraw do załatwienia w jego życiu. Pierwszą lekturą poza szkolną, którą przeczytał od deski do deski, była książka dr. Miki pt. „Sztuki magiczne i wywoływanie duchów”. Instrukcje trików zawarte w tej książce czytał z zapartym tchem. Potem ćwiczył dniami i nocami. Setki razy powtarzał ten sam ruch, każdy jego nawet najdrobniejszy element. I choć w szkole nauki przybywało z dnia na dzień, zawsze znalazł czas na pogłębianie swojej pasji. Chwile wolne poświęcał zabawom chłopięcym. Grze w piłkę i wypadom nad jezioro. W 1955 roku, koledzy namówili go do startu w wyścigach kolarskich. Na popularnym „Bałtyku” w silnej konkurencji zajął trzecie miejsce. Obiecał wtedy sobie, że we wszystkim co będzie robić, musi być najlepszy.
    W cztery miesiące potem poczuł smak dorosłego życia... Rozpoczął pracę w pekaesie, ale dość szybko go zwolniono w ramach redukcji nieżonatych. Z obawy przed brakiem pracy, ukończył dodatkowy kurs zawodowy i z dyplomem ruszył na Śląsk gdzie osiadł w Sosnowcu. Tu podjął pracę pomocnika górnika na najniższym pokładzie kopalni. Któregoś dnia dowiedział się, że w ramach planowanej spartakiady zakładowej odbędzie się bieg na dwa tysiące metrów, a jego nagrodą będzie wymarzony rower. W niedzielę stanął na starcie... Bieg wygrał. W nagrodę dostał szachy i tandetny notes z długopisem. O rowerze organizatorzy zapomnieli! Ale nikomu nie znane nazwisko górnika trafiło do gazet. Fachowcy upatrywali w nim dobrze zapowiadającego się zawodnika na średnich dystansach. Wokół niego zaczęli się kręcić trenerzy, ale Henryka ciągnęło w rodzinne strony. Wrócił do Suwałk. W nowej pracy skierowano go na kurs operatorów suwnic i żurawi wieżowych do Wrocławia. Ukończył go z oceną celującą i wrócił do pracy... w magazynie wyrobów gotowych gdzie targał palety. Któregoś dnia, zaprosił go do siebie wieloletni dyrektor zakładu. Heniowi, który wszedł do jego gabinetu z duszą na ramieniu powiedział: „Dowiedziałem się, że pan sztuczki na hali pokazuje. Lepiej by było, aby te pokazy na zebraniach organizacji młodzieżowej demonstrować, gdyż z frekwencją krucho.” I w taki to sposób Henio wkroczył na deski estradowe. Program dawał przy każdej okazji w klubie zakładowym. Chwalono go, ale on wiedział swoje. Jego pokazom daleko było do widowisk jakie oglądał w wykonaniu zawodowych iluzjonistów. Korzystając z okazji i poparcia ze strony dyrekcji zakładu, każdą wolną chwilę poświęcał ćwiczeniom i studiowaniu fachowej literatury. Czekał na swoja szansę. Okazja nadarzyła się w kilka miesięcy później... Jego firma wznosiła kombinat mięsny na peryferiach Pragi. A, że był cenionym pracownikiem, delegowano go do Czechosłowacji, gdzie zgodnie z wyuczonym zawodem, każdego dnia znowu wspinał się po drabince dźwigu, aby z wysokości kilkudziesięciu metrów, widzieć dokładnie to co sam postawił na czeskiej ziemi. Po fajerancie, kiedy koledzy w garniturach wyjeżdżali za miasto, on cichcem wymykał się do „Magicznego Klubu” działającego przy zakładach „Tesla”, w którym Czescy iluzjoniści, polskiego kolegę przyjmowali z życzliwością i zainteresowaniem. Podpatrywał ich, zgłębiał sekrety ich warsztatu pracy, słuchał ich rad i ćwiczył. Wieczorami, na skromnej kwaterze, powtarzał zdobyte wiadomości aby je utrwalić i pozostawić w sobie. Któregoś dnia, dotarła do niego wiadomość, że za kilka dni w Karlovych Varach dojdzie do spotkania iluzjonistów z całego świata w ramach Międzynarodowego Festiwalu Nowoczesnej Sztuki Iluzji. Oczywiście kto jak kto, ale on musiał tam być. W firmie wziął wolne, kupił bilet i ruszył na spotkanie z prawdziwą sztuka czarowania. Kiedy powrócił, miał o czym opowiadać kolegom. A, że Ci, podobnie jak on byli artystami – amatorami w innych dziedzinach sztuki, stworzyli zespół ukulturalniający załogi, który w soboty i niedziele wędrował po polskich budowach, aby takim jak oni nieść przyzwoitą rozrywkę. Do tej pory, nikt z Polaków pracujących na zagranicznych budowach, nie znał nazwiska naszego bohatera, ale na hasło „ten magik” wszyscy wiedzieli o kogo chodzi.
    Dzisiaj Henryk Paraszkiewicz nie pracuje już na dźwigu budującym domy z wielkiej płyty. Po prostu nikt takich domów już nie buduje. Z pełną walizką dyplomów i rekwizytów przejeżdża Polskę wzdłuż i wszerz niosąc radość oczekującej go publiczności. Jak dawniej pozostaje skromny i nisko kłania się publiczności, bo doskonale pamięta jak trudną i długą drogę pokonał, która go do niej przywiodła. Po pracy wraca do domu. Najmilej wspomina wieczory w gronie rodzinnym u boku żony i dorosłych już dzieci – Jolanty (również iluzjonistki) i Krzysztofa, które często go odwiedzają.

PS. Z ostatniej chwili... W lutym 2005r. doszło do tragicznego wypadku drogowego. Jadący z imprezy Henryk Paraszkiewicz wraz ze swoją córką Jolantą, wpadł w poślizg. W wypadku zginęła Jolanta Paraszkiewicz. Po długiej i ciężkiej chorobie, w miesiącu wrześniu zmarł Henrico Magico. Z żalem żegnają go koledzy i przyjaciele.
Caroni
Wszelkie prawa zastrzeżone dla autorów serwisu © Fenix