Krajowy Klub Iluzjonistów

    Pięć lat temu, a dokładnie 6 października 2002 roku, sympatycy czarodziejskiej sztuki z okazji Festiwalu Dialogu Czterech Kultur, mieli okazje obejrzeć plejadę gwiazd formatu światowego na scenie Teatru Muzycznego w Łodzi. Jednego z nich, widzowie przyjęli ze szczególną sympatią. Mowa tu oczywiście o Amosie Levkovitchu, iluzjoniście dużego formatu, który na łódzki spektakl przyjechał z USA. Amos Levkovitch urodził się w Izraelu. Jako chłopiec, nigdy nie okazywał zainteresowania sztuką iluzji i żyłby może w nieświadomości, że taka dziedzina rozrywki w ogóle istnieje, gdyby nie przypadek... W wieku 10 lat zobaczył kolegę, którego ręce wywoływały niezwykłe efekty z trzema pestkami moreli. Pestki znikały, pojawiały się i ponownie znikały. Amos patrzył na te „cuda” urzeczony. W zaciszu domowego ogniska, postanowił zgłębić tajemnice trzech pestek, ale zagadka okazała się trudniejsza niż się spodziewał. Rad nie rad, wymienił z kolegą eksponat ze swojej marmurowej kolekcji, na sekret triku. Podczas ćwiczeń, które poświęcił trikowi, nawet się nie spostrzegł, kiedy zabawa z pestkami stała się jego pasją zmierzającą do poznawania nowych magicznych zagadek i rozwiązywania ich sekretów. Pomogła mu w tym hebrajska książka i pudełko z magicznymi drobiazgami, które otrzymał na piętnaste urodziny. Do szczęścia zabrakło mu jednak umiejętności władania językiem angielskim. Okazało się bowiem, że instrukcje dołączone do magicznych akcesoriów, były napisane właśnie w tym języku. Z kłopotu, wybawił go brat, który znał ten język i z instrukcjami poradził sobie w kilka godzin. Amos do dziś jest mu za to wdzięczny. Czas biegł. W wieku 20 lat, trafił do jednostki wojskowej, której dowódca - jak się później okazało - był iluzjonistą - amatorem. Aby uprzyjemnić żołnierzom czas wolny od zajęć, ów dowódca wystąpił przed podwładnymi z bogatym programem efektów iluzjonistycznych. Z perspektywy czasu, Amos ocenia ten spektakl jako niczym nie wyróżniający się pokaz popularnych trików, ale wówczas był nim oczarowany. Dawna pasja powróciła. Po zakończeniu służby wojskowej, Amos Levkowitch rozpoczął studia. Czas dzielił równomiernie - między naukę na uczelni i przygotowywanie programu iluzjonistycznego. Uznał wreszcie, że ze swoim programem może wystąpić przed publicznością. Okazji do występów miał wiele. Dochody z imprez pozwoliły mu na kupno samochodu i wynajęcie mieszkania. Dziwiąc się sam sobie, raptem stwierdził, że dzięki sztuce iluzji znalazł się w 5% elicie studentów, których stać było na taki luksus. Po jednej z imprez, ktoś powiedział mu, że bawiąc w Amsterdamie, widział duży sklep z akcesoriami iluzjonistycznymi. Amos podjął decyzję natychmiast... Nie namyślając się, popłynął do Holandii. W Amsterdamie odnalazł sklep i kiedy przekroczył jego próg, oniemiał! Sklepowe półki uginały się pod ciężarem magicznych rekwizytów i książek. Prawdziwy magiczny raj. Amos przebierał i wybierał. Z ogromnym bagażem książek i rekwizytów powrócił do kraju. W jakiś czas później, w swojej małej ojczyźnie, stał się jednym z najbardziej popularnych iluzjonistów - manipulatorów. Trzeba trafu, w tym samym czasie powrócił z USA izraelski producent programów rozrywkowych. W USA widział wiele znakomitych spektakli między innymi widowisko Douga Henninga i występy iluzjonistów w Magic Castle w Hollywood. Nic więc dziwnego, że w Izraelu postanowił wystawić musical, którego bohaterką byłaby dziewczyna mająca bzika na punkcie iluzji. Do spektaklu, który nosił tytuł „ZIPI KUNTZ”, należało zaangażować iluzjonistę. Wybór padł oczywiście na Amosa Levkowitcha. Widowisko cieszyło się dużym powodzeniem i nic dziwnego, że nasz bohater stał się jeszcze bardziej popularnym artystą w Izraelu. Jak wspomina, najbardziej peszyło go rozdawanie autografów. Kiedy widowisko miało zejść z afisza, producent namówił Levkovitcha, aby spróbował swoich sił w Stanach Zjednoczonych. To wielki kraj - mówił. Tam możesz zrobić karierę. Tam czekają na Ciebie prawdziwe sukcesy. Amos z rady skorzystał. Oczywiście nie miał zamiaru emigrować do USA, ale chciał sprawdzić swoje szanse na drugim kontynencie i zobaczyć na własne oczy legendarnych iluzjonistów. Do dziś dokładnie pamięta swoją pierwszą wizytę w Magicznym Zamku w Hollywood... Na scenie bawił gości Jonathan Neal Brown. Po nim wystąpili inni znani amerykańscy iluzjoniści. Triki, które zobaczył w ich wykonaniu były tak perfekcyjne, „czyste” i niedościgłe w jego marzeniach, że po raz pierwszy w swoim życiu poczuł iż nogi odmawiają mu posłuszeństwa. Były jak z waty. Załamany swoją niedoskonałością, postanowił raz na zawsze zrezygnować z uprawiania ukochanej sztuki i powrócić do Izraela. Zrozumiał, że tak naprawdę to on nie wiele umie. To doświadczenie nauczyło go pokory. Po początkowym wstrząsie i nieprzespanej nocy, zdecydował jednak pozostać jeszcze jakiś czas w USA, aby patrzeć na prawdziwe gwiazdy sztuki iluzji i od nich się uczyć. Postanowił zacząć wszystko od początku. Wezwanie jakie przed nim stanęło było interesując, pasjonujące i pracochłonne. Aby mu sprostać, Amos zatrudnił się w sklepie prowadzonym przez jego przyjaciela. W pobliskiej kamienicy wynajął mieszkanie. Ponieważ zawsze lubił zwierzęta, kupił kilka gołębi i zaczął je przygotowywać do nowego programu. W życiu jednak nie wszystko układa się po myśli... Kiedy właściciel domu zorientował się, że Amos w mieszkaniu hoduje gołębie, postawił mu warunek: Albo mieszkanie, albo gołębie. Amos wybrał oczywiście te drugie. Przeprowadził się. Aby sprawdzić, czego nauczył się w czasie pobytu w USA, musiał występować. Odwiedził nawet kilkanaście ekskluzywnych szkół w mieście, ale w każdej o płatnym pokazie dyrektorzy nie chcieli nawet słuchać. Wówczas wpadł na pomysł... Wydrukował kilka tysięcy wizytówek w których umiejętnie zareklamował swoje pokazy na uroczystościach rodzinnych, urodzinach i przyjęciach towarzyskich. Tym razem, dyrektorom szkół zaproponował bezpłatne występy dla uczniów. Ci o dziwo przyjęli je bez sprzeciwu. Po darmowych występach, Amos wszystkim uczniom rozdawał swoje wizytówki. Pomysł chwycił. Uczniowie okazali się doskonałymi organizatorami jego weekendowych pokazów. Od tej pory wszystkie weekendy miał zajęte. Ameryka to rzeczywiście wielki kraj, który nagradza tych, którzy potrafią myśleć.
    Dziś Amos Levkovitch jest jedną z najjaśniejszych gwiazd Magic Castle w Hollywood. Pierwszy właściciel jego mieszkania, odwiedza ten przybytek czarodziejskiej muzy od czasu do czasu, aby obejrzeć jego występy. Co zabawne, przyznaje się do sukcesów Amosa widząc w nich cząstkę swoich zasług. Talent i upór w zmierzaniu do wyznaczonego celu doceniło również kolegium Akademii Magical Arts przyznając mu tytuł „Iluzjonisty Roku”. Został dostrzeżony również przez amerykańskich filmowców, którzy często korzystają z jego wiedzy i doświadczenia. Był konsultantem efektów iluzjonistycznych w wielu filmach. W filmie Stevena Spielberga pt. „Niezwykłe historie” pomógł Sidowi Caesar stworzyć postać niezdarnego magika, podobnie udzielał porad Shirley Mac Laine, Dany De Vito, Kim Basinger, Alanowi Arkin, Janathanowi Scherech i innym. W swoim magicznym życiu poznał wiele gwiazd show biznesu. Z wieloma zaprzyjaźnił się, ale najmilej wspomina spotkanie z Siegfriedem. Jakieś osiemnaście lat temu. Po spektaklu pogratulował Siegfriedowi i obaj wymienili kilka grzecznościowych zdań. Rozmawiali krótko i tak właściwie o niczym. Po 10 latach ponownie doszło do ich spotkania tym razem w Magic Castle. Siegfried siedział przy barze i rozmawiał z Irene Larsen. Obaj wymienili uśmiechy. Amos podszedł do niego i uścisnęli sobie ręce. Korzystając z okazji, zapytał: Czy pamiętasz gdzie spotkaliśmy się pierwszy raz? Suuuuure, jesteś tym facetem z Izraela, którego spotkałem za kulisami po spektaklu „Gwiezdny pył”. Pamięć Siegfrieda zdumiała Amosa. Zrozumiał w tym momencie, co to znaczy być megagwiazdą show biznesu. Od tej pory, sam również stara się pamiętać imiona osób, które przypadkowo poznał. Zapisuje je nawet na kartkach, bo nigdy nie wiadomo gdzie i kiedy dojdzie do następnego spotkania.
    Amos Levkowvitch przemierza świat w dłuż i w szerz, aby stanąć przed kamerami telewizyjnymi lub wystąpić w ekskluzywnym hotelu dla nie mniej znaczących gości. Bawił na Hawajach, Wyspach Dziewiczych, przebył cały kontynent amerykański, Europę, Japonię, Wyspy Karaibskie i inne zakątki naszej planety. Wszędzie po jego pokazie nie milkną brawa. Jest prawdziwym artystą, którego zaletami są: skromność, szacunek okazywany ludziom i uczynność. Pomyśleć tylko, że jego przygoda ze sztuką iluzji, zaczęła się od trzech pestek moreli!
Caroni
Wszelkie prawa zastrzeżone dla autorów serwisu © Fenix