Krajowy Klub Iluzjonistów

    Losy ludzkie obfitują w zdarzenia, których nie jest w stanie przewidzieć zwykły śmiertelnik. Historia pewnego życia, którą pragnę Wam opowiedzieć jest tego dobitnym przykładem. Albert Goshman (1920 – 1991) urodził się w Brooklyn’nie - dzielnicy Nowego Jorku jako pierwszy syn piekarza – emigranta z Europy. Mając kilka lat poznał pierwsze triki z kartami do gry i monetami, które głęboko zakorzeniły się w jego świadomości. Magiczne efekty oczarowały młodego człowieka i mimo szarzyzny codziennego życia, nigdy go już nie opuściły. W wieku 20 lat, Albert podjął pracę na pełnym etacie w piekarni swojego ojca. W wolnych chwilach lgnął do grupy pasjonatów czarodziejskiej sztuki zbierających się w pobliżu magicznych sklepów bądź w barze szybkiej obsługi, gdzie wymieniali się sekretami trików i posiadanymi broszurami na ten temat. W tym gronie czuł się doskonale. To był jego świat. Pewnego dnia, koledzy namówili go aby wystąpił w przeglądzie konkursowym organizowanym przez jeden z nowojorskich klubów. Sukcesu nie odniósł, podobnie jak w następnych konkursach. Był jednym z wielu wyrobników kręcących się wśród gwiazd magicznej sztuki. W 1946 roku Goshman poślubił Dorothy Kipius – dziewczynę z sąsiedztwa, która na przestrzeni kilku lat urodziła mu czworo dzieci. Aby utrzymać rodzinę, Albert ciężko pracował w piekarni ojca. Nie zapominał jednak o swoim hobby. W 1957 roku rodzinę Goshman’ów dosięgła tragedia... Zginął ojciec Alberta, pozostawiając synom w spadku piekarnię i trzy sklepy. W 1960 roku interes jednak podupadł i bracia postanowili sprzedać jeden ze sklepów. Albertowi w podziale majątku przypadła piekarnia przy Broklyn’s Nostrand Avenue, która dwa lata później przestała przynosić zyski i Goshman był zmuszony sprzedać swoją polisę ubezpieczeniową na życie. Za część pieniędzy kupił aparat fotograficzny i został skromnym fotografem. Latem sprzedawał na ulicy lody, zimą fotografował. Dochody z tych zajęć wystarczały z trudem na wyżywienie rodziny. Pewnego dnia rozmyślając nad przeszkodami, które stawiało przed nim życie, postanowił je zmienić, tym bardziej, że koledzy znając jego umiejętności iluzjonistyczne, doradzali mu, aby spróbował sił na nowym polu. W październiku 1963 roku – zmuszony sytuacją finansową, postanowił zostać profesjonalnym iluzjonistą. W wieku 42 lat oddał w zastaw swój aparat fotograficzny i za otrzymane pieniądze kupił używany Volkswagen ze 120.000 mil na liczniku. Wysłużonym pojazdem wyruszył z przygotowanym seminarium w objazd magicznych klubów rozsianych po całym kraju. Podróż z Nowego Jorku do Los Angeles przyniosła mu dochody znacznie wyższe niż się spodziewał. Zaczął więc występować w hotelach, nocnych klubach i wszędzie tam gdzie znalazł widzów chętnych do obejrzenia jego pokazów. Szybko zauważył, że dochody jakie osiągał, były wystarczająco duże, aby zaspokoić potrzeby jego rodziny. Goshman stanął na nogach. Jako już dość sławny prestidigitator, osiadł w małej miejscowości Lakeview Terrace koło Los Angeles. W tym czasie prasa rozpisywała się o błyskotliwym iluzjoniście o złotych dłoniach, jakiego do tej pory widzowie nie oglądali. Bo rzeczywiście... Styl jego pokazów nie miał sobie równych. Goshman siadał przy stole... Widzowie po bokach i naprzeciw niego. Albert włączał magnetofon i rozpoczynał spektakl... Kładł przed sobą dwie solniczki. „Jak masz na imię?” – pytał dziewczynę siedzącą po jego prawej stronie”. „Nancy” – odpowiadała dziewczyna. „Dzisiaj będę czarował tylko dla Ciebie”. Wyjmował z kieszeni dwie półdolarówki i zamykał je w dłoniach. „Powiedz: Idź! – zwracał się do niej. Zanim dziewczyna zdążyła się odezwać, sam mówił: „Idźcie!” i rozwierał palce oby rąk. Były puste. Goshman spoglądał znacząco na jedna z solniczek. „Powiedz: proszę!” – zwracał się ponownie do Nancy. Dziewczyna spełniała jego prośbę, a Goshman podnosił solniczkę. Pod nią, na stole leżała półdolarówka, a pod druga solniczką – druga. Brał je ponownie do rąk, powtarzał trik i pod solniczkami znajdowały się angielskie pensy, potem japońskie jeny, a na końcu moneta olbrzym.
    Pokazy Goshmana były przykładem iluzji nowego typu opartej o muzyczną partyturę. To dzięki muzyce mógł ze swego pokazu stworzyć jednolitą całość. W odróżnieniu od swoich kolegów, nie używał podczas pokazów tradycyjnych rekwizytów lecz zwykłe przedmioty: właśnie solniczki, szklanki, monety itp. Humor pokazu tworzył przez zręczne powtarzanie tego samego gagu, ale zawsze z innym efektem. Po którymś ze swoich pokazów powiedział: „Patrzę na widzów i wyobrażam sobie jakie kłopoty ma każdy z nich. Widzę w ten sposób pojedynczych ludzi, a nie publiczność jako taką”. Ale tak naprawdę, na sławę Goshman zapracował piłeczkami z gąbki i monetami, które w jego dłoniach doznawały niewytłumaczalnych przeobrażeń. Pod koniec 1964 roku, po wielu eksperymentach, Goshman wynalazł metodę produkcji idealnie okrągłych piłeczek z gąbki, które zawładnęły umysłami iluzjonistów na całym świecie. Teraz już pod solniczkami, mogły pojawiać się na przemian monety i piłeczki z gąbki. Widząc przyszłość w swoim magicznym wynalazku, wybudował fabrykę, z której każdego dnia wypuszczano w świat kilka tysięcy pudełek z magicznymi piłeczkami. Goshman został multimilionerem. Dziś każdy właściciel sklepu na świecie zajmującego się sprzedażą magicznych akcesoriów, szczyci się, że posiada w swojej ofercie zestaw piłek z gąbki oznaczony znakiem towarowym Goshmana. Żyjąc w dostatku, Goshman mógł podróżować po świecie dając pokazy swoich niedościgłych dokonań magicznych. Działalność ta bez wątpienia jeszcze bardziej inspirowała iluzjonistów do zakupu produktu Goshmana. W spadku po artyście pozostało kilka taśm z nagraniami video, które dają świadectwo jego niezwykłego kunsztu, którym przez lata czarował widzów. Albert Goshman zmarł 30 sierpnia 1991 roku.
Caroni
Wszelkie prawa zastrzeżone dla autorów serwisu © Fenix